Nie wchodzi się dwa razy do takiej samej rzeki?
19-02-2007

 
© konik60 - Fotolia.comPopularne powiedzenie przytoczone w tytule tego tekstu (tu wyjaśnienie: często zdanie to cytowane jest błędnie - do tej samej rzeki można wejść wielokrotnie, do takiej samej już nie) jest oczywiście jak najbardziej prawdziwe, jednak w sferze miłości i związków nie jest to już takie oczywiste. Z pewnością każda z nas spotkała w swym otoczeniu pary, które wielokrotnie schodziły się i rozchodziły, a potem znowu schodziły… Czasem po jakimś czasie udawało im się stworzyć trwały związek, częściej jednak zmęczeni ciągłą „huśtawką” partnerzy nawiązywali nowe, bardziej stabilne związki. Dlaczego niektórym osobom „trudno tak razem być ze sobą”, a „bez siebie nie jest lżej”?

 
Pierwsze rozstanie jest zazwyczaj konsekwencją pojawienia w dobrym dotąd związku poważniejszych problemów. Jedno z partnerów (a czasem oboje) stwierdza, że dalsze wspólne życie nie ma sensu i postanawia odejść. Czasem bywa tak (a dotyczy to zwłaszcza kobiet), że rozmowa o rozstaniu jest tylko czymś rodzaju straszaka – panie liczą na to, że ich mężczyźni w obawie przed rozpadem związku zaczną poświęcać im więcej czasu, będą bardziej czuli, pomocni czy zaradni życiowo. Zamiast powiedzieć wprost o swoich potrzebach, rzucają hasło „rozstańmy się”, które – niestety – bywa przez mężczyznę odebrane zbyt dosłownie.

Wtedy zaczyna się problem: kobieta, która tak naprawdę wcale nie chciała odchodzić, próbuje albo zawalczyć o swój związek, przeprasza i bierze na siebie całą winę za wszystko, co było złe, albo unosi się honorem i cierpi w milczeniu wyczekując choćby telefonu od – byłego już niestety – partnera, a na jakikolwiek pojednawczy sygnał z jego strony wraca skruszona i gotowa wszystko naprawiać.

Jeżeli w tym momencie oboje partnerzy porozmawiają szczerze o tym, co było złe i będą szukać sposobów na naprawienie sytuacji, mogą stworzyć naprawdę dobry związek – wiedzą bowiem, jak jest im ciężko bez siebie, potrafią docenić wspólne życie i w porę zauważyć ewentualne zagrożenia.

Niestety – dość często zdarza się, że początkowa euforia („bo znów jesteśmy razem!”) przysłania nam pełny obraz sytuacji, a pierwszy kryzys przypomina przeżyty poprzednio ból, frustrację, wywołuje uczucie zniechęcenia („znowu nam nie wyszło, chyba jednak nie jesteśmy stworzeni dla siebie”) i doprowadza do rozstania. Aby móc rozejść się rzeczywiście „na zawsze” musimy mieć poczucie, że zrobiłyśmy już wszystko, co można było, aby uratować związek – w przeciwnym wypadku pozostanie w nas pewien niedosyt, który będzie wywoływał chęć spróbowania „jeszcze ten jeden, ostatni raz”.

Niewiele z nas ma w sobie upodobania masochistyczne, które popychają nas w ramiona brutali czy oschłych, „zimnych drani”. Dlaczego więc godzimy się znowu z nimi być, choć w przeszłości tak bardzo nas ranili? Winna jest tu głównie nasza wyobraźnia i pamięć, która płata nam paskudne figle. W pierwszym okresie po rozstaniu poczucie doznanych krzywd sprawia, że w naszym – dotąd ukochanym – mężczyźnie widzimy tylko to co złe i dość łatwo jest nam pogodzić się z zaistniałą sytuacją (chyba, że to my zostałyśmy porzucone).

Po jakimś czasie okazuje się, że rzeczywiście „czas leczy rany”, wszystko co złe zaczyna nam się w pamięci zacierać, a często wręcz idealizujemy naszego mężczyznę. Przypominają nam się najlepsze chwile ze wspólnego życia, coraz mocniej tęsknimy i po raz pierwszy pojawia się myśl o powrocie. W takim momencie czasem wystarczy tylko iskra, jakieś przypadkowe spotkanie z „byłym” i znowu jesteśmy po uszy zakochane. Niestety - różowe okulary mają tendencję do dość szybkiego spadania…
[pagebreak]
Niektóre pary wręcz lubią rozstawać się i schodzić ponownie, po pozwala im to utrzymać wysoką temperaturę w związku. Nie grozi im nuda i rutyna, bo właściwie co i rusz są na początku wspólnej drogi i korzystają ze wszystkich dobrodziejstw płynących z uroków „świeżego” zakochania: szalonego seksu, morza czułości i zainteresowania. Poczucie niepewności płynące z takiego związku wpływa bardzo mobilizująco na oboje partnerów: bardziej się starają, ciągle muszą o siebie zabiegać i pilnować, by jakiś rywal lub rywalka nie próbowali sięgnąć po ich „zdobycz”. W takim związku nigdy nie jest nudno, ale pozostający w nim partnerzy raczej nie znajdą tu tak ważnych przecież rzeczy, jak poczucie bezpieczeństwa czy stabilizacji życiowej.

Decyzję o rozstaniu prawie zawsze podejmujemy z ciężkim sercem. Nieważne, czy nasz związek trwał kilka tygodni, czy jesteśmy ze sobą już wiele lat, zawsze wiąże się to z większym lub mniejszym poczuciem klęski, bo przecież miało być na całe życie…

Zanim więc padnie słowo „koniec” warto zastanowić się, czy rzeczywiście już nic nie da się zrobić, czy rzeczywiście nie możecie być ze sobą, a może chodzi tylko o zbyt „wyśrubowane” wymagania jednego z Was? Kobiety zaczytujące się w romansach czasem mają skłonności do szukania niedościgłych ideałów, chciałyby aby ich związek przypominał ten z filmu czy książki, żeby podczas orgazmu trzęsła się ziemia, a ukochany codziennie obsypywał je kwiatami. Codzienne, niosące z sobą przeróżne problemy życie wydaje im się zbyt prozaiczne i szukają, szukają, szukają…

Na drugim biegunie są panie, które w obawie przed samotnością, nudą czy nieprzychylną samotnym kobietom opinią społeczną wracają do niezbyt satysfakcjonujących, ale za to dobrze znanych związków, a kiedy nie mogą już wytrzymać, znowu odchodzą. I jedne, i drugie chcą w gruncie rzeczy tego samego: miłości, troski, szczęścia i stabilizacji, nie zawsze jednak potrafią o to zawalczyć. A szkoda – wspólnie rozwiązane problemy mogą być dla związku lepszym spoiwem, niż owo sypialniane „trzęsienie ziemi”…
 

Autor:Adrianna Buniewicz
Źródło:()

Wydrukowano ze strony http://www.partner.kobiety.net.pl/81,0,Nie-wchodzi-sie-dwa-razy-do-takiej-samej-rzeki,192.html

Copyright © Com-Media 2006